SYKSTUS IV

Dodany przez: Jerzy Bieszczak
w ndz., 07/10/2018 - 13:02

Gdyby Mario Puzo umieścił akcję „Ojca Chrzestnego w XV wieku, to urodzony w lipcu 1414 roku w liguryjskiej Celii Franciszek, przyszły papież Sykstus IV idealnie nadawałby się do roli głównego bohatera.

 

Od „pariasa” do głowy Kościoła

Wyznający niemal te same zasady, co don Vito Corleone bohater dzisiejszego odcinka, swoim postępowaniem udowadniał, że rodzina jest najważniejsza. Jego rodzina, rzecz jasna. Można stwierdzić, że to ubogi rodowód wzbudził w nim taką żądzę do dóbr materialnych. Czy jednak jest to usprawiedliwienie wobec faktu, że dla idei stworzenia państwa papieskiego utopił cały Półwysep Apeniński w morzu krwi? Wiemy, gdzie i mniej więcej kiedy się urodził. Co do jego pochodzenia, to wiadomo, że wywodził się ze zubożałego szlacheckiego rodu Della Rovere, który sto lat przed narodzinami Franciszka został wygnany do Sabaudii. Po osiedleniu się tam, jego ojciec trudnił się krawiectwem. Nie przystawało to głowie Kościoła In spe, bowiem jego poprzednicy wywodzili się z rodzin arystokratycznych. Ambicje Franciszka sięgały znacznie wyżej i dały się już stosunkowo wcześnie zauważyć. Niestety, z braku pieniędzy, rodziców nie było stać na wysłanie go do prestiżowych uczelni. Został on wysłany do szkoły prowadzonej przez franciszkanów. Była to swoista trampolina, dzięki której w końcu trafił na Alma mater do Pawii i Padwy. Był uczniem pilnym i pojętnym. Jednakże ciągle skarżył się na swoje warunki bytowe. Słał więc listy do możnych, prosząc o finansowe wsparcie. Dzięki ich dukatom i guldenom, po latach, już jako wpływowy kardynał, zjawił się w Rzymie i 9 sierpnia 1471 roku został wybrany na papieża. Przejął wakujący tron po śmierci Pawła II. Cieszył się przy tym poparciem potężnych rodzin, min. Borgiów, Orsinich czy Sforzów. Wielce przydatny okazał się jego siostrzeniec, Pietro Riario.

Rodzina jest najważniejsza

Sykstus pamiętał nie tylko o Pietro. W krótkim czasie sprowadził do Wiecznego Miasta i obdarował licznymi godnościami oraz zaszczytami kościelnymi licznych członków swojej rodziny. Wspomniany Pietro, w wieku zaledwie 25 lat, został kardynałem. Inni krewniacy papieża, m.in. Cristoforo oraz Giuliano (notabene: przyszły papież Juliusz II) również cieszyli się przywilejami oraz majątkami wynikającymi z otrzymanych stanowisk. W przypadku obrotnego Pietro, władza i bogactwo przysłoniły zdrowy rozsądek. Zmarł w wieku zaledwie 28 lat, trwoniąc wielki majątek i pozostawiając nie mniejsze długi. Chyba tylko ślepa miłość sprawiły, że decyzje personalne Sykstusa okazywały się, summa summarum, nietrafne. Bo na dłuższą metę, brat Pietra, Girolamo, również sprawił Sykstusowi mnóstwo kłopotów. Był on jednak papieżowi potrzebny do realizacji jego planu. Było nim stworzenie prawdziwej monarchii papieskiej. Girolamo był o tyle kłopotliwy, gdyż za wykonywanie papieskich poleceń żądał dla siebie bardzo wiele. Kosztowało to Sykstusa mnóstwo pieniędzy. Stąd ciągle świecący pustkami papieski skarbiec, w którym jego poprzednik zgromadził niemałą kwotę przeznaczoną na krucjatę przeciw Turkom.

Polityczna nieudolność

Droga do celu była usiana licznymi przeszkodami. Niedobrze wiodło się papieżowi w polityce zagranicznej. Możni europejscy nie byli skorzy do rozpoczęcia ofensywy przeciw rosnącym w siłę Osmanom. Nie udało się również namówić Wielkiego Księcia Moskiewskiego Iwana III do podjęcia przeciw nim kampanii. Gdyby Iwan zdecydowałby się wesprzeć papieża, miałby jego poparcie do poślubienia Zoe, ostatniej przedstawicielki dynastii bizantyjskiej. Jeszcze gorzej wiodło mu się w samych Włoszech. Były one rozbite na małe państewka i księstwa powiązane ze sobą cienkimi nićmi sojuszy i wystarczyła dosłownie iskra, aby cały Półwysep Apeniński się zakotłował. Chcąc zrealizować swój cel, zawiązał papież szereg sojuszy. Więzami małżeńskimi złączył siostrzeńców: Girolama z Katarzyną Sforzą oraz Leonardo z córką Ferdynanda Aragońskiego. Związki te miały zapewnić sojusze odpowiednio z Mediolanem i Neapolem. Papieża nie obchodziło, że obie „wybranki” jego siostrzeńców pochodziły z nieprawego łoża.

Konflikt nad Półwyspem Apenińskim zawisł się po tym, jak Sykstus zaproponował Mediolańczykom, by sprzedali Girolamowi ważną strategicznie Imolę. Transakcja ta rozwścieczyła Florentczyków. Byli oni związani z potężnym rodem Medyceuszy, trudniącym się finansjerą. Szczególnie wściekli byli sami Medyceusze, którzy do tej pory zajmowali się finansami papieża. Ten posunął się jeszcze dalej: pieczę nad skarbcem przekazał zaciekłym wrogom Medyceuszy - rodowi Piazzich. W ten sposób Sykstus doprowadził do sytuacji, która w każdej chwili groziła rozpętaniem krwawej wojny. Była ona w zasadzie kwestią czasu, a iskrą w beczce prochu okazał się zamach wymierzony w Wawrzyńca oraz Giuliana Medycejskich. Zamach, w wyniku którego zginął ten drugi, zainicjował Girolamo na wyraźne zlecenie papieża. Wykonawcami byli arcybiskup Pizy Francesco Salviati pośredniczący pomiędzy rodem Piazzich, a papieżem. W razie pomyślnie przeprowadzonego zamachu papież miał mu przekazać arcybiskupstwo Florencji. Kolejnymi członkami spisku byli ksiądz Stefano da Bagnone oraz sekretarz papieski Antonio da Volterra. Obaj zastąpili kapitana papieskiego da Montesecco, który, w ostatniej chwili, spanikował. W gronie spiskowców znalazł się również bliski współpracownik papieża, Francesco de’Pazzi. Prawdą jest, że celem zamachowców był Wawrzyniec. Został on tylko niegroźnie ranny. Za to ciała arcybiskupa Salviatiego oraz de’Pazziego kilka godzin po zamachu zwisały z okien Palazzo Della Signoria, zmasakrowane wcześniej przez rozwścieczony lud. Wawrzyniec domyślał się, kto stoi za zamachem. Pewność uzyskał, po schwytaniu de Montesecco - „wyśpiewał” on wszystko podczas tortur, po których został zabity. Poleciały głowy też innych osób zamieszanych w spisek. Wieść o tym, że papież zlecił zamach na Medyceuszy, rozeszła się po całych Włoszech błyskawicznym tempem. Postawiło go to w bardzo niezręcznej sytuacji. Jednak zamiast wypowiedzieć „mea Maxima culpa”, zaczął rzucać anatemami na wszystkie strony. Obłożył nią m.in. Wawrzyńca, którego ponadto oskarżył o aresztowanie kardynała Rafaella Riario (zwróćmy uwagę na nazwisko). Miał on „nieszczęście” celebrować mszę tego feralnego dnia…

Za wszelką cenę

Niedługo po tym, przeszedł do bardziej radykalnych czynów, dolewając oliwy do ognia. Najpierw w 1478 roku podburzył Szwajcarów do ataku na włoskie ziemie, i przy poparciu Neapolu chciał zmieść znienawidzoną Wenecję z powierzchni ziemi. Jednak Wawrzyniec zawczasu zawiązał liczne sojusze, m.in. z Francją, a nawet z Ferdynandem Aragońskim. Taka szeroka koalicja trzymała Sykstusa w szachu. Papież postanowił powtórzyć „numer”, do którego uciekali się jego poprzednicy w podobnej sytuacji: naprędce zawarł 3 grudnia 1480 roku porozumienie, w którym oczyścił Wawrzyńca z zarzutów, którymi go obciążał. Spory pomiędzy państewkami chwilowo ustały, gdyż w pobliżu nadmorskiego Otranto pojawiła się silna flota turecka. Wojska osmańskie bez większego trudu zajęły miasto, czyniąc to, co im się podobało. Wobec tego zagrożenia wojska papieskie przy pomocy Węgrów i armii Neapolu ruszyła w kierunku zajętego miasta. To nie boska interwencja, tylko wieść o śmierci sułtana Mehmeda II Zdobywcy sprawiła, że najeźdźcy stracili zapał do walki i wycofali się z miasta, które 10 września 1481 roku przeszło w ręce chrześcijan. Pomimo tego sukcesu, papieża bolało to, iż większość europejskich możnych nawet nie kiwnęła palcem w obliczu zagrożenia ze strony Osmanów. Na nowo odżyły również spory w samej Italii. Oto Girolamo rozpoczął rozmowy z Wenecją. Jej silna flota była mu potrzebna do realizacji celów swoich i swego stryja - stworzenia państwa papieskiego. Sprawy jednak szybko wymknęły się spod kontroli i praktycznie całe Włochy ponownie pogrążyły się w wyniszczających wojnach. Kruche sojusze sprawiały, że dotychczasowi alianci krzyżowali szable przeciw sobie, a włoska ziemia spłynęła gęstą rzeką krwi. Sykstus IV zapewnie nie uronił ani jednej łzy nad choćby jedną ofiarą jego intryg. Wpadł jednak w złość, kiedy został zmuszony zawrzeć 7 sierpnia 1484 roku pokój w Bagnolo, który definitywnie pogrążył jego egoistyczne plany. Pięć dni później opuścił ten pełen łez padół, co umęczonych mieszkańców Włoch, a zwłaszcza Rzymu, bardzo ucieszyło. Trudno mieć im to za złe - to oni w pierwszej kolejności byli doświadczyli bezgranicznej miłości Sykstusa do SWOJEJ dziatwy…

 

Marcin Kołodziej

WWW. Racjonalista.pl

Giuseppe Staffa: Zbrodnie Kościoła. Złoczyńcy ze znakiem krzyża. Warszawa 2014.

Wikipedia.pl